Gotycki wilkołak z flakami w tle
Nie wiem czy znacie termin „zły film”; a raczej czy znacie je w znaczeniu, jakie obowiązuje wśród grupy moich znajomych. Wszystko zaczęło się kilka lat temu, kiedy w piątki spotykaliśmy się na brydża lub jakieś planszówki. Wtedy na TVNie po godzinie 22:00 leciał zwykle jakiś film fantastyczny, który sobie leciał radośnie w tle, podczas gdy my zajmowaliśmy się grą. Czasem było to coś dobrego, ale zwykle były to produkcje, których bez kilku butelek nie dało się obejrzeć. Idealnym przykładem „złego filmu” jest Battlefield Earth. Zwykle do tego typu obrazów (trochę to chyba za szumne słowo na określenie tych filmideł) nie ciągnie, ale czasem obejrzenie takiego – z różnych przyczyn – jest wskazane lub potrzebne. Tak było ostatnio: Iza po ciężkim dniu stwierdziła, że musi zobaczyć coś złego, a TV oferowała wyłącznie kolejny film z Seagalem. Wybór padł więc na kino i Wilkołaka. Po seansie mam wrażenie, że czas spędzony z Seagalem byłby bardziej produktywnie spędzonym… a na pewno bardziej ekonomicznym z finansowego punktu widzenia, a i piwa przy tym można by było się napić.
Nie oglądałem pierwowzoru filmowego, na bazie którego został nakręcony obecnie grany w filmach film. Przypuszczam jednak, że cechował się klimatem i umiejętnym graniem na emocjach – czyli rzeczami, które większości współczesnego kina fantastycznego są obce. Co więc widz otrzymuje w zamian w głównonurtowym kinie grozy? Flaki, krew, szybką akcję, etc. I właśnie to jest w Wilkołaku. Ani to nie buduje napięcia, ani nie przeraża; co najwyżej bawi. Scena, w której detektyw śledzący wilkołaka spaceruje pośród zwojów jelit i urwanych kończyn szczerze mnie rozbawiła, choć nie taki był z pewnością zamysł twórców. Zupełnie bezcelowe jest też według mnie przeniesienie akcji do Londynu i urządzenie sobie pościgu po dachach miasta; podobne sceny (choć chyba w Paryżu, a nie Londynie; nie pamiętam w tym momencie), niemal tak samo jakościowo wykonane były już w Van Helsingu (nota bene to kolejny „zły film”), a widok XIX-wiecznej stolicy Wielkiej Brytanii pokazane były o wiele lepiej w niedawno omawianym przeze mnie Sherlocku Holmesie.
Nie mam nic przeciwko konwencji – skoro mamy horror w realiach wiktoriańskich, to konieczność gotyckiej grozy rozumie się sama przez się. Początek właśnie jest taki – sztampowy, ale klimatyczny. Samotny mężczyzna przemierzający w strachu las podczas pełni, wielki i zapuszczony dwór na uboczu, orientalny sługa i tajemnica rodzinna w tle. To wszystko jest ok i przewija się przez cały film, choć im później, tym mniej wyraziście. Jednakże twórcy postanowili położyć większy nacisk na akcję, walkę etc, a odpuścili sobie w dużej mierze dylematy głównego bohatera; konflikt tragiczny, gdy budzi się w nim bestia. Owszem, próby są, ale Benicio del Toro w tej roli nie wypada zbyt przekonywująco – być może za sprawą scenariusza, być może po prostu źle został dopasowany aktor do roli. W sumie to jedynie Anthony Hopkins (i może jeszcze Hugo „Agent Smith” Weaving) staje na wysokości zadania; choć w jego przypadku jest to raczej odgrzewanie kotleta, bo rola w Milczeniu owiec ciągnie się za nim przez lata – i przez te lata nie udało mu się przeskoczyć mistrzowskiej kreacji.
W rezultacie Wilkołak nie sprawdza się ani jako film akcji, ani jako obraz mający przedstawiać dramat głównego bohatera, ścieranie się człowieczeństwa z naturą bestii. Podczas seansu przeważa więc znudzenie. Gdybym oglądał to w domu, leżąc wygodnie na łóżku, zapewne bym zasnął (rzecz jasna tylko pod warunkiem, że wcześniej bym filmu nie wyłączył). Kilka ładnych kadrów oraz udanych scen to zdecydowanie za mało by przykuć uwagę na blisko dwie godziny.
Jeśli jeszcze nie przekonałem was, że nie warto się wybrać na ten film, przeczytajcie jeszcze recenzję w marcowej Nowej Fantastyce. Recenzentka bardzo ładnie punktuje wady filmu. Szkoda, że z jej tekstem zapoznałem się dopiero po seansie…
Posted in Ruchome obrazki |
March 23rd, 2010 at 19:55
Ale recenzentka NF strasznie spoilerowała!
March 23rd, 2010 at 20:08
Hmmm… może. Nie zwróciłem na to uwagi, bo czytałem ją już po obejrzeniu filmu. Zresztą w tym przypadku to nie szkodzi, przynajmniej utwierdza w przekonaniu, że na flm iść nie warto.