Raport czytelniczy 02/2010
Ostatnio powiedziano mi, że jestem denerwujący: marudzę, że mam marny miesiąc, a tu okazuje się, że przeczytałem 6-7 książek. Cóż, może faktycznie dla innych jest to bardzo dobry wynik, ale dla mnie, mając jeszcze w pamięci czasy, kiedy czytałem po 15-20 książek miesięcznie, jest to rezultat mocno przeciętny. W każdym razie wszystkim tym malkontentom dedykuję ten miesiąc: był naprawdę, NAPRAWDĘ fatalny. Przeczytałem trzy książki, z czego jedną rzutem na taśmę. Owszem, ze 2-3 mam jakoś rozgrzebane, no ale to się nie liczy.
Dlaczego tak niewiele przeczytałem? Oczywiście z braku czasu. Najpierw był wyjazd na narty (przed nim udało mi się przeczytać Harrisona), gdzie czytałem wyłącznie przed snem – jakieś piętnaście minut zanim padłem. Po powrocie nałożyło się urwanie głowy w pracy i konieczność robienia tym samym nadgodzin (i weekendów), a także Igrzyska Olimpijskie. Jak już wracałem do domu, to włączałem TV i śledziłem wyczyny sportowców na śniegu, lodzie, etc. Czas na czytanie był wyłącznie w tramwaju – czyli też po jakieś dwadzieścia minut dziennie. Nijak nie było szans przeczytać coś więcej. Pocieszające jest to, że gorzej już w zasadzie być nie może, bo te trzy książki miesięcznie to nawet czytając wyłącznie w komunikacji miejskiej uda mi się przeczytać.
Książki przeczytane w lutym:
- Jeffrey Ford: Rubieże
- Neil Gaiman: Księga cmentarna
- M John Harrison: Światło
Powiedzmy sobie szczerze: nie za bardzo jest co opisywać z lutowych lektur. Znaczy: o Harrisonie i Fordzie można by pisać długo i namiętnie, ale to rola dla recenzji (zresztą Światła już napisałem). W każdym razie w obu przypadkach byłem bardzo zadowolony z lektury. O ile o Harrisonie nie miałem jakiś wyrobionych oczekiwań, więc treść przyjąłem bez zaskoczenia, to Ford jednak okazał w pewnym sensie trochę zaskakujący – oczywiście było sporo elementów typowych dla poprzednich tomów, ale rozłożenie akcentów było cokolwiek niespodziewane, przynajmniej dla mnie. I może właśnie dlatego mi się podobało bardziej niż W labiryncie pamięci?
Przyznam się bez bicia, że po Gaimana sięgnąłem z prozaicznego powodu: 28 lutego, godzina popołudniowa, wieczorem finał hokeja na olimpiadzie – trzeba znaleźć coś cienkiego i niespecjalnie wymagającego, by podreperować tragiczny wynik miesięczny. Księga cmentarna pasowała do wyznaczonych kryteriów selekcji, więc wybór padł właśnie na nią. Wrażenia z lektury raczej przeciętne, chyba najsłabsza książka Gaimana jaką czytałem; chyba dobrze przeczuwałem i dlatego książka tyle czasu u mnie na półce spędziła.
Oczywiście nie udało mi się przeczytać Wilsona (jednak po angielsku czytam znacznie wolniej), choć jestem już solidnie zaawansowany (czytaj: za połową) i powinienem w marcu wreszcie się z tą książką uporać.
Co powinienem przeczytać w marcu:
- Antologia: Antologia fantasy
- Cassandra Clare: Miasto popiołów
- John Crowley: Miłość i sen
- Ian Cameron Esslemont: Powrót Karmazynowej Gwardii, część 1
- Ian Cameron Esslemont: Powrót Karmazynowej Gwardii, część 2
- Peter F. Hamilton: Judasz wyzwolony. Pościg
- Wawrzyniec Podrzucki: Kosmiczne ziarna
- Wawrzyniec Podrzucki: Mosty wszechzieleni
- Terry Pratchett: Łups!
- Joanna Skalska: Eremanta
- Jeff VanderMeer: Shriek: Posłowie
- Jack Whyte: Chaos w zakonie
Co chciałbym przeczytać w marcu:
- Thomas M. Disch: Na skrzydłach pieśni
- Robert Charles Wilson: Spin
- Książki, których nie przeczytam w lutym:
- Peter F. Hamilton: Nagi bóg. Wiara
- Thomas Pynchon: Mason i Dixon
- Gene Wolfe: Cytadela Autarchy
Początek marca, być może nawet do połowy miesiąca, nadal będzie widniał pod znakiem nadgodzin – choć, z racji zakończenia IO, wieczory powinny być luźniejsze i nieco czasu na czytanie się wykroi. Inna sprawa, że porobiło mi się obowiązkowych zaległości, więc będę musiał się sprężać… Stąd też nie dodawałem do listy w zasadzie żadnych pozycji, oprócz dwóch nowych obowiązkowych, czyli Hamiltona i VanderMeera. Być może wyskoczy też coś niespodziewanego – na przykład kolejna „cienizna” w końcówce miesiąca na podbicie statystyk. Na razie jednak planuję ograniczyć do recenzenckich obowiązków i wygrzebać się przynajmniej odrobinę z zaległości.
Posted in Raport czytelniczy |
March 3rd, 2010 at 16:54
W kilka godzin po pojawieniu się tego wpisu muszę go zaktualizować - wygląda na to, że do listy lektur obowiązkowych dojdzie mi jeszcze Skalska oraz dwa razy Podrzucki. Aaaa…
March 5th, 2010 at 11:01
No i okazało się, że jednak Podrzuckiego czytać nie muszę tak szybko… no ale jak wpisałem, to niech zostanie.
April 3rd, 2010 at 08:21
[...] przypadku było gorzej niż się spodziewałem. Jak pisałem w komentarzach do zeszłomiesięcznego wpisu, Podrzucki wskoczył mi na listę obowiązków nieco niespodziewanie, a później okazało się, [...]