Sherlock niedoyle’owy
Zasłyszane, mało pochlebne opinie o ostatnich wielkich premierach kinowych, czyli Avatarze i Parnassusie, sprawiły, że gdy postanowiliśmy wybrać się wreszcie do kina, wybór nasz padł na coś innego – Sherlocka Holmesa. Film co prawda też nie zbierał wśród znajomych jakichś oszałamiających recenzji, ale wychowanie się na książkach Arthura Conan Doyle’a zrobiło swoje. Co prawda do tej pory nie widziałem, a obejrzałem ich całkiem sporo, adaptacji choć w odrobinie dorównującej literackiemu pierwowzorowi, ale nie należało się zniechęcać. I słusznie, gdyż – uprzedzając nieco fakty – ten film jest całkiem udany, choć nie w kategoriach adaptacji.
Fabuła filmu jest typowo hollywoodzka, na próżno szukać w niej kameralnego klimatu dochodzeń z opowiadań Doyle’a. Pierwsza scena pokazuje, jak tytułowy bohater za pomocą swych umiejętności obserwacji wymyśla sposób na zneutralizowanie przeciwnika (czyli gdzie i kiedy go walnąć). W tym duchu – czyli walk, pościgów, wybuchów etc. – toczy się cała akcja filmu. Sama zagadka też jest mało Holmesowska – z przewagą okultyzmu i magii, a także bardzo szeroko zakrojonym spiskiem, ocierającym się o najwyższe kręgi władzy. Zakończenie pokazuje całość w innym świetle co prawda i sugeruje inspirowanie się kilkoma utworami literackim; jak choćby Psem Baskerville’ów (chodzi o samą naturę zagadki, a nie konkretne szczegóły).
W filmie pojawia się kilka postaci znanych fanom Sherlocka Holmesa. Oprócz kluczowego duetu, swoje role odgrywają Irene Adler, a nawet profesor Moriarty… choć na niego czas przyjdzie prawdopodobnie w kontynuacji (która, jeśli wierzyć doniesieniom, ukaże się szybko – Guy Ritchie zamiast ekranizacją Lobo ma się zająć produkcją sequela; trochę szkoda moim zdaniem). O ile jeszcze postaci drugoplanowe odpowiadają z grubsza pierwowzorom, o tyle Holmes i Watson zostali drastycznie przerobieni. Dobór aktorów – odpowiednio Robert Downey Jr. i Jude Law – okazał się całkiem trafny i udany z perspektywy wymogów scenariusza i zaproponowanego wizerunku głównych bohaterów, ale stworzone kreacje dalekie są od zapamiętanego z lektury wyniosłego Holmesa, czy trochę niekumatego oraz obowiązkowego Watsona. W filmie detektyw przypomina raczej miejscowego rzezimieszka niż dystyngowanego dżentelmena, a doktor kojarzy mi się raczej z nowojorskim gangsterem z końca XIX wieku (pewnie zasugerowałem się Gangami Nowego Jorku… a może czymś zupełnie innym?).
Konkluzja jest jedna – gdyby film Guy’a Ritchiego nazywał się na przykład Herlock Sholmes, to by było znacznie lepiej dla wszystkich – obiecywałby nawiązania do literackiego pierwowzoru, ale nie dawałby nadziei na przynajmniej częściowo wierną adaptację. Niemniej jednak, gdy już się przymknie oko na powyższe, okazuje się, że ma się do czynienia z całkiem niezłym filmem sensacyjnym. Przede wszystkim przypadł mi do gustu sposób pokazania XIX-wiecznego Londynu: ludzi, ulic, stref przemysłowych. Nie wiem czy tak naprawdę wyglądała stolica Wielkiej Brytanii ponad sto lat temu, ale obraz przedstawiony w filmie jest bliski moim wyobrażeniom. Londyn jest pokazany klimatycznie, a nie psują tego nawet wybuchy czy topiące się statki. Ładne kadry się przesuwają w tle – dynamiczna fabuła pozwala na pokazanie wielu różnych scenerii – a bohaterowie dokonują mniej lub bardziej prawdopodobnych wyczynów. W Sherlocku Holmesie sporo się dzieje, jest trochę humoru, widz ani przez chwilę się nie nudzi.
Z ciekawostek – jedna scena przypomniała mi żywcem dialog House’a z Wilsonem – skoro twórcy serialu House M.D. czerpią z utworów Doyle’a, to zapewne nic nie stało na przeszkodzie, by dokonano nawiązania i w drugą stronę.
Z seansu jestem więc zadowolony, chociaż spodziewałem się szczerze powiedziawszy czegoś innego – trailery jakoś mnie ominęły, więc w ogóle nie byłem przygotowany na to, co zobaczyłem. Grunt jednak, że się dobrze bawiłem i z chęcią zobaczę drugą część… i nadal mam nadzieję, że kiedyś zobaczę ekranizację Sherlocka Holmesa łączącą w sobie wierność i wysoki budżet.
Posted in Ruchome obrazki |