House M.D. – sezon #4
Największym rozczarowaniem czwartego sezonu House M.D. jest fakt, że liczy on sobie zaledwie szesnaście odcinków, czyli znacznie mniej od wcześniejszych. Winić za to należy chyba strajk scenatrzystów - uważam to za zbrodnię, bo jest to do tej pory zdecydowanie najlepszy sezon z dotychczas przeze mnie obejrzanych. Inna sprawa, że przy braku pomysłów na dodatkowe wątki może to i lepiej, że nie rozciągnięto fabuły o te dodatkowe sześć-osiem odcinków, dzięki czemu uniknięto wodolejstwa i sztucznego tworzenia zbędnej treści. Mowa oczywiście o wątkach ciągnących się przez kilka odcinków, bo zagadki medyczne jak zwykle są jednostrzałowe (poza dwoma ostatnimi odcinkami sezonu, ale ich połączenie jest w większym stopniu kwestią wątków niemedycznych niż faktycznym skomplikowaniem przypadku chorobowego).
Zastanawiałem się jak scenarzyści wybrną z sytuacji kończącej trzeci sezon, w której to cały zespół House’a został zwolniony. W jakiś sposób przywiązałem się do Cameron, Chase’a i Formana i chciałbym dalej ich oglądać na ekranie. Początek sezonu co prawda nie dawał na to nadziei, ale w późniejszych odcinkach cały dawny zespół House’a znów pracuje w szpitalu Princeton-Plainsboro – choć tylko Forman odgrywa znaczniejszą rolę. Reszta ekipy pojawia się zwykle w dwóch-trzech scenach na odcinek, pełniąc rolę epizodyczną, ale podkreślającą wiedzę i wyszkolenie, których nie posiadają jeszcze nowi pracownicy House’a. Zresztą pod względem osobowościowym również stara gwardia zdaje się być znacznie bardziej interesująca niż Trzynastka, Taub i Kuttner. Cóż, oni występują zaledwie niecały krótki sezon, mają więc jeszcze czas na pokazanie różnych aspektów swojej psychiki. Na razie jednak prezentują się blado, mimo prób nadania im wielowymiarowości czy pokazania odrobiny przeszłości.
Skoro już napisałem, że House ma nowy zespół, to wypadałoby jakoś skomentować tryb jego zatrudnienia – a ten był godny głównego bohatera. Mianowicie nasz ulubiony diagnostyk zatrudnił czterdzieści osób i rozpisał konkurs na trzy posady, oceniając kandydatów na podstawie sobie tylko znanych kryteriów; jak łatwo się domyśleć, znaczenie miały zarówno umiejętności medyczne, jak i cechy charakteru… a nawet powiedziałbym, że te drugie miały większą wagę, bo jeśli ktoś House’owi podpadł, nie mógł liczyć na zmiłowanie. Tak naprawdę więc pierwsza część sezonu była obserwowaniem jak tytułowy bohater bawi się kandydatami, sprawdza ich mobilizację i cierpliwość, wodzi na manowce. Z pewnością nie chciałbym się znaleźć w takim konkursie, ale oglądanie tego z zewnątrz dawało wiele radości. Tym bardziej, że House’owi nie chodziło wyłącznie o wyłonienie najlepszych pracowników, ale także wyrównanie rachunków z innymi osobami pracującymi w szpitalu, z Cuddy na czele. Widać, że między nimi iskrzy, ale nie sądzę by scenarzyści pozwolili House’owi przelecieć przełożoną, bo w ten sposób zarżnięty zostałby bardzo nośny wątek.
Końcówka czwartego sezonu koncentruje się na relacjach House’a z Wilsonem, a konkretnie na walce o uczucia tego drugiego między głównym bohaterem a Amber – damską wersją House’a, będącą wcześniej jedną z kandydatek do pracy w jego zespole. Obserwacja tych zmagań dostarcza wiele radości; nie sposób też oprzeć się wrażeniu, że podobne odczucia ma sam obiekt rywalizacji, czyli Wilson. Zakończenie tego wątku jest jednocześnie zakończeniem sezonu; jak do tej pory najmocniejszym i powodującym, że od razu ma się ochotę odpalić plik z numerem pięć na początku.
Sezon czwarty pokazuje również coraz częściej ludzkie oblicze House’a. Okazuje się, że wiele z jego złośliwości ma w sobie ukryty cel, mający za zadanie doprowadzić do konkretnej reakcji w obiekcie szyderstw. Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że główny bohater częściej niż kiedyś przejmuje się losem (i uczuciami) pacjentów i potrafi od czasu do czasu przemilczeć to, co mu się ciśnie na język. Jest także skłonny do poświęceń dla przyjaciół, choć gdyby się go o to spytać, zapewne by się wykręcał ciekawością czy koniecznością rozwiązania danego przypadku. Warto śledzić zmiany w zachowaniu House’a, bo pewnie jeszcze nie raz nas zaskoczą.
Posted in Ruchome obrazki |
January 30th, 2010 at 12:29
Oj, zaskoczą. Negatywnie, niestety, jak pokazuje sezon bieżący (tj.6). Choć wciąż nie tracę nadziei, że się pozbierają, ale to już półmetek, więc jest jej coraz mniej…
Mnie w czwórce wkurzały szeroko pojęte motywy “paranormalne”.
January 30th, 2010 at 13:58
W zasadzie to ja już jestem w szóstym sezonie, tylko wpisy z opóźnieniem się ukazują
W każdym razie masz nieco racji, choć i tak sezon 6 na razie wydaje mi się lepszy od bardzo słabego 5.
February 1st, 2010 at 11:24
Negatywnie? Jak dla mnie 6 sezon jest najlepszym od bardzo dawna. Po piątym, w którym wyraźnie twórcy nie bardzo potrafili sobie poradzić z pootwieranymi wątkami a i zaskakiwały ich decyzje niezależne od nich, 6 sezon nareszcie jest stabilny a do tego interesujący! Wątek Cuddy zszedł na plan dalszy, powrócił traktowany nieco po macoszemu Wilson i jest świetnie!
February 1st, 2010 at 13:43
Tylko po co ten Lucas wyciągnięty z kapelusza?