Gra o tron subiektywnym okiem (s07e07)

Finał siódmego sezonu „Gry o tron” niby przynosi kilka rozwiązań, są zwroty akcji, a na końcu nawet przełomowe wydarzenie, ale generalnie nie ma w nim nic, czego widzowie by się nie spodziewali.

Już na wstępie przyznaję, że finał siódmego sezonu „Gry o tron” wywołał u mnie raczej ambiwalentne uczucia. Niby doszło do ważnych wydarzeń, niby były zwroty akcji i ziejący czymś (niebieskim ogniem?) smok, ale generalnie postacie głównie się snują, gadają i rzucają mroczne spojrzenia. Jest trochę aktorstwa na przyzwoitym poziomie i dialogów, ale w historii serialu były znacznie bardziej zapadające w pamięć finały.

Najważniejszym wątkiem jest konferencja pokojowa w Królewskiej Przystani, gdzie ściąga armia Daenerys wraz z sojusznikami, by przekonać Cersei o istnieniu Innych i zagrożeniu na Północy. Przywożą zombiaka, odstawiają przedstawienie i generalnie sceny te przebiegają zgodnie z założeniem – choć początkowo dziwi szybka zgoda Lannisterki. Jest oczywiście wiele smaczków, a nawet z czasem męczących, szybkich ujęć, mających na celu przypomnienie widzom, że te postacie (dodajmy: prawie wszystkie, które przeżyły) mają wspólną, dość niespecjalną i burzliwą historię. Teoretycznie to właśnie te sceny miały za zadanie napędzać odcinek – jak choćby spotkanie oko w oko Cersei i Tyriona – ale pomimo niezłego aktorstwa nie spełniają oczekiwań.

Zastanawia mnie też postawa Cersei. To, że coś knuje, to jest jasne. A jednak wydaje się to zbyt słabo umocowane: z jednej strony wygląda na rzeczywiście poruszoną, z drugiej już po chwili wprowadza opracowany z wyprzedzeniem niecny plan i się go trzyma. To, że traktuje innych przedmiotowo, to wiadomo, ale mimo wszystko jej scena pożegnania z Jaime wydaje się mało przekonująca – podobnie jak pertraktacje z Tyrionem. Jakby faktycznie miała jakieś sentymenty do obu braci… i do wrogów, bo naprawdę nie trzeba było wiele, by zgładzić wrogich przywódców. Co prawda ich armia niby była pod bramami, ale zdobycie stolicy i milionowego miasta nie jest takie proste. Można było o tym wspomnieć.

A jakie są konsekwencje konferencji pokojowej? Jaime odjeżdża w siną dal i pewnie bohatersko zginie, szarżując na nieumarłego smoka, Cersei będzie miała nową armię, choć niespecjalnie przeciwników, którzy będą z nią walczyć (jeśli faktycznie wszyscy popędzą na Północ), a Jon i Dany być może załatwili przedłużenie rodu Targaryenów. Choć tutaj może dojść do konfliktu, bo nagle to były Snow stanie się prawowitym królem… ale to nie on ma smoki. Informacja ta zostaje potwierdzona dla najbardziej opornych w krótkiej, choć dość zabawnej rozmowie Brana z Samem (wóz to trzeci najszybszy, naddźwiękowy środek transportu w Westeros).

fot. HBO

I szczerze powiedziawszy z wielkiej kulminacji sezonu – bo właśnie do tych rozmów prowadziło większość scen – wyszło wielkie nic. Jakby Daenerys na samym początku od razu zabrała swoje zabawki i poszła na Północ, to wiele by się nie zmieniło. Wiadomo, romans z Jonem musiał mieć podbudowę, ale przyznam, że i tak jego poprowadzenie mnie nie przekonało. Bardziej interesujące jest to, co też sobie myślał podsłuchujący Tyrion i co w związku z tym zrobi.

Część akcji odcinka dzieje się w Winterfell, gdzie przez długi czas scenarzyści budowali konflikt między Sansą i Aryą. I faktycznie, pierwsze sceny zapowiadają jego eskalację… a później mamy szybki sąd nad Petyrem. Siostry się dogadują, przedstawiają emocjonalną argumentację, wszyscy wierzą im na słowo, nawet ludzie z Doliny. Sansa wydaje wyrok, a Arya sprawnie załatwia sprawę podrzynając gardło Littlefingerowi. Szczerze powiedziawszy, za jego męczarnie w tym sezonie i snucie się na trzecim planie, to powinna do tej operacji załatwić mu anestezjologa… W każdym razie scenarzyści nie przekonali, że dwie siostry były sprytniejsze od wytrawnego gracza mimo tekstów o nauce i rodzinie ponad podziałami.

Z mniej istotnych scen mamy też Theona, który – przynajmniej teoretycznie – odzyskuje metaforyczne jaja (bo brak prawdziwych mu się przydał). Ważniejsza  niż wykazanie się umiejętnościami bokserskimi na plaży jest rozmowa z Jonem, która też nieco charakteryzuje byłego już chyba króla Północy (choć, jak się okazuje, gdy się zawróci dziewczynie w głowie, to i klękać nie trzeba). Przyszłość tego wątku jest ważna dla Greyjoya, a nie losów świata… no, chyba że przy okazji wykończy wuja i pokrzyżuje plany Cersei. Ale czy w ogóle warto łudzić się, że Theon jednak jest zdolny do wielkich rzeczy tylko po jednej rozmowie z Jonem?

Odcinek, i cały sezon, zamyka upadek Muru. Jak na konstrukcję, która trwała tysiące lat, to poszło zaskakująco łatwo. Rozumiem, że prekognicja itp., ale jeden smok ziejący jakąś niebieską odmianą ognia też powinien się nieco natrudzić. A tu szast-prast i już armia zombiaków jest po drugiej stronie. Tak czy siak potwierdziło się, że bohaterowie to frajerzy i może Nocny Król powinien im spuścić solidne manto, bo na nic innego nie zasłużyli. Pomijam już fakt, że całość odbyła się bez specjalnych emocji w nieco kiczowatym stylu.

fot. HBO

Mimo dość słabego finału, to konstrukcyjnie sezon był jednym z lepszych. Ograniczenie postaci i skróty sprawiły, że dało się całość ograniczyć do kilku głównych osi, które zostały z grubsza doprowadzone do końca, a jednocześnie pozostawiły luźne nitki, na których może się opierać fabuła ostatniej serii.

Otwarte pozostaje pytanie „co dalej”? Z jednej strony można się spodziewać miłej naparzanki na Północy, oblężenia Winterfell i nadchodzącej odsieczy (znów przestrzeń się zagnie?). Z drugiej Cersei łatwo nie odpuści i coś pewnie będzie kombinować, więc Jon i Dany nie będą mogli odsłonić tyłów. Kilka ścieżek fabularnych pozostaje otwartych, ale widać już zmierzanie do wielkiego finału. Przed nami tylko sześć odcinków, ale trochę na nie poczekamy. Choć pewnie i tak ukażą się przed kolejną powieścią Martina…

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Obrazki i chmurki i oznaczony tagami , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.