Sejsmiczna fantasy

Intrygujące realia i interesujący bohaterowie sprawiają, że podczas lektury co chwilę coś zaskakuje czytelnika.

N.K. Jemisin nie jest w Polsce autorką nierozpoznawalną, ale dotychczas wydane jej książki nie stały na najwyższym poziomie; mimo pochlebnych opinii płynących z Zachodu. W przypadku Piątej pory roku również sława – przejawiająca się poprzez środowiskowe nagrody i nominacje – ją wyprzedziła publikację w naszym kraju, ale tym razem nie była ona przesadzona. To oryginalna i dobrze napisana fantasy, która przynajmniej w kliku miejscach stara się przełamywać utarte schematy.

Są różne metody tworzenia fantasy: jedni autorzy wychodzą od historii, inni od bohatera, a jeszcze inni najpierw kreują świat. Ta ostatnia metoda, choć dla fantastycznych geeków z pewnością najbardziej interesująca, często zwiastuje porażkę. A jednak, mimo iż to właśnie realia stanowią podłoże dla całej powieści, Jemisin wychodzi z tego obronną ręką. Powiązanie niezwykle aktywnego sejsmicznie kontynentu (tytułowe piąte pory roku to okresy po wybuchach wulkanów, kiedy ludzka cywilizacja jest w odwrocie) z magią, tajemnicami z przeszłości, przesądami i opresyjnym systemem okazało się świetnym, a w dodatku spójnie zrealizowanym pomysłem.

W realizacji wizji pomaga też konstrukcja powieści, rozbita na trzy wątki z różnych okresów czasowych, co pozwala na utrzymanie zagadek, a jednocześnie sukcesywne odsłanianie przeszłości bohaterów i czynników (w dużej mierze tragicznych i emocjonalnych), które ich ukształtowały. Efektem jest powoli układana przez czytelnika mozaika dotycząca każdego aspektu powieści, bo Jemisin niczego nie ułatwia i preferuje powolne odkrywanie szczegółów. A wisienką na torcie jest sposób przedstawienia magii, która nie polega – jak to zwykle bywa – na tworzeniu i wykorzystywaniu całego potencjału – ale ograniczaniu, tłumieniu i kontroli.

Recenzja pierwotnie ukazała się w Nowej Fantastyce 12/2016.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czarne na białym, czyli o słowie pisanym i oznaczony tagami , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.
  • Spriggana

    Ja cały czas mam wrażenie że przy wcześniejszych ksiazkach to może być kwestia przekladu. Znaczy jak tłumacz(ka) siądzie do pracy z nastawieniem że to jest romans fantasy to w efekcie możemy dostać romans, a za to zabraknie innych aspektów. W każdym razie ja czytając oryginały zupełnie inaczej odbierałam wcześniejsze książki niż polscy recenzenci.

  • Tymoteusz Wronka

    Też mi to przyszło do głowy, bo PP miał trochę tłumaczeniowych wpadek. Ale nie jestem ekspertem i nie wiem jak bardzo tłumacz może „zaingerować”, świadomie lub nie, w tekst.
    A porównałaś może?

  • Spriggana

    Nie, aż tak bardzo drążyć mi się nie chciało. Zresztą jako że od dawna dzielnie opieram się próbom wyrzucenia mnie z domu przez książki to mogłabym to zrobić tylko ze „Snem o krwi”, bo PK o ebookach podobno słyszało, ale wciąż nie zdecydowało się na wydanie jakiegoś.
    Co do stopnia ingerencji to cóż, na przykład „Paladyna dusz” w oryginale uwielbiam, w przekładzie jest jakiś taki… płaski. I nie mogę wskazać żadnego konkretnego powodu, po prostu w tłumaczeniu brak „czegoś”.

  • Cintryjka

    Nie da się aż tak poprzestawiać akcentów. Tłumaczenie było bardzo słabe, ale to nie zmienia faktu, że 100 tysięcy krolestw było słabą książką; żenujący wątek romansu głównej bohaterki z Bogiem odgrywał tam bardzo istotną rolę.

  • Tymoteusz Wronka

    Ja na przykład mam wrażenie, że w przypadku Martina sporo ginie w przekładzie, a przecież etatowego tłumacza ma niezłego. Czasem jest coś nienamacalnego, czego się nie da oddać.