Bohater niejedno ma imię

Zawierająca dwie nowele o Stephenie Leedsie książka „Legion” pokazuje nieco inne oblicze Brandona Sandersona, dalekie od napisanych z rozmachem epickich opowieści ze świata Cosmere.

Brandon Sanderson pisze nowele w ramach odpoczynku od większych projektów, niejako dla odprężenia i higieny umysłowej. Nie oznacza to, że są one gorsze – wręcz przeciwnie, można w nich znaleźć nierzadko więcej świeżości niż w kolejnych opasłych tomach. Można było się o tym przekonać na przykład czytając Duszę cesarza.

Niedawno – przy okazji wizyty autora w naszym kraju – wydano kolejne krótsze formy tego autora. Jedną z książek zbierających je w większą całość jest Legion, zawierający dwa teksty o Stephenie Leedsie (autor zapowiada, że na nich się nie skończy i powstanie przynajmniej jeszcze jedna nowela), człowieku mającym niezwykły dar do tworzenia we własnym umyśle odrębnych bytów posiadających unikatowe umiejętności. Wraz z wyimaginowanymi przyjaciółmi (a przynajmniej towarzyszami) rozwiązuje zagadki i wyjaśnia tajemnice. Otoczenie traktuje go trochę jak szaleńca, ale nie mogą zakwestionować jego skuteczności.
Fabuła – co typowe dla nowel – jest dość prosta i jednotorowa, ale jednocześnie interesująca i nieźle poprowadzona. Ciekawość czytelnika podsycana jest z jednej strony zagadkami, jakie przychodzi rozwiązać bohaterowi (i jego widmowemu zespołowi), z drugiej zaś samą naturą niezwykłego talentu Leedsa oraz wiążącymi się z nim problemami i konsekwencjami. Tak, posiadanie w głowie dziesiątek samodzielnych osobowości może się wiązać z większymi problemami niż prozaiczny ból głowy.

Jednocześnie Sanderson sporo rzeczy pozostawia niedopowiedzianych, zapewne w oczekiwaniu na finał tej miniserii. Gdzieniegdzie pojawią się różne tropy lub informacje mające pobudzić zainteresowanie odnośnie przeszłości bohatera i źródła jego talentu, ale na ich podstawie można sobie zbudować zaledwie mglisty obraz historii Leedsa. Czytelnik czuje się zaintrygowany, a przy okazji dzięki takiemu zabiegowi nie można powiedzieć, by opowieść była zawieszona w próżni.

O tym, że Sanderson posiada lekkie pióro, wiadomo nie od dziś. Sprawnie konstruuje postaci, nie wdając się przy tym w nadmierną szczegółowość. Umiejętnie prowadzi wątki i dozuje napięcie, od czasu do czasu wprowadzając humorystyczne akcenty. Być może brak temu wszystkiemu błysku, dzięki któremu czytałoby się nowele z wypiekami na twarzy, ale i tak stanowią one solidny przykład literackiego rzemiosła.

Legion został oczywiście wydany na fali popularności Sandersona w naszym kraju, ale jednocześnie wcale nie stanowi miarodajnej próbki jego twórczości. Fani twórczości Amerykanina sięgną po tę książkę bez wahania i nie powinni się rozczarować. Jednocześnie, choć trudno uznać Legion za miarodajne wprowadzenie do reszty twórczości Sandersona, to ci, którzy zniechęcili się do Cosmere, być może odnajdą w tych dwóch nowelach elementy, które przypadną im do gustu.

Recenzja pierwotnie ukazała się w Katedrze.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Czarne na białym, czyli o słowie pisanym i oznaczony tagami , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.