(nie)Oczekiwana zmiana miejsc

Poprzedni tom zakończył się dość niemiłymi dla Tony’ego Chu wydarzeniami. Nic więc dziwnego, że w tym tomie pałeczkę przejmuje jego siostra.

Jak zapewne wierni fani serii pamiętają, w poprzedniej części Tony Chu popadł w jeszcze większe niż zwykle tarapaty, na skutek czego wylądował w szpitalu z poważnymi obrażeniami. Fabuła nie znosi jednak próżni, więc na jego miejsce wskoczyła siostra bliźniaczka głównego bohatera, Toni. Agentka NASA również posiada niezwykłe moce związane z jedzeniem różnych rzeczy (musi ugryźć kogoś żywego, by zobaczyć jego przyszłość), co pozwala napędzać kolejne krótkie fabuły polegające na ściganiu żywnościowych przestępców.

Zamiana Tony’ego na Toni nie powoduje jakiejś diametralnej odmiany w fabule. Siostra agenta Chu jest co prawda bardziej pewna siebie, zakres jej umiejętności jest inny, a sprawy sercowe mają nieco większe znaczenie (co jest uzasadnione finałem), ale na poziomie fabularnym historie są skonstruowane bardzo podobnie i nie przynoszą większego zaskoczenia – nadal poruszamy się w delikatnych oparach absurdu.

Skoro o absurdzie mowa, to nie można zapomnieć o krótkiej historii Tajny agent Poyo przybliżającej jedną z tajnych misji super-koguta-zabójcy służącego obecnie w jednej z amerykańskich spec-agencji. Poyo oczywiście znany jest z wcześniejszych albumów (a i w tym ogrywa pewną rolę w innych historiach), ale w tym wreszcie gra pierwsze skrzypce, udanie parodiując kino spod znaku Jamesa Bonda.

Przy lekturze każdego tomu nasuwa się refleksja, że co prawda na poziomie poszczególnych plansz, scen czy nawet rozdziałów, seria Chew daje sporo rozrywki, ale jako cała opowieść – jesteśmy akurat dokładnie w połowie z planowanych sześćdziesięciu zeszytów – niespecjalnie się sprawdza. Są pozaznaczane różne wątki, można sobie gdybać, w jakim kierunku potoczą się wydarzenia, ale z pewnością nie można emocjonować się historią jako taką.

Nie inaczej jest po lekturze Babeczek nie z tej ziemi. Lektura dostarcza sporo zabawy, można się parę razy uśmiechnąć (nadal cenię przede wszystkim różne detale i niewielkie napisy rozrzucone po kadrach), ale gdy dociera się do ostatniej strony, pozostaje poczucie niedosytu. Chociaż w przypadku akurat tego albumu należy zaznaczyć, że finał jest jednak odrobinę niespodziewany, co nadaje całości nieco słodko-gorzkiego posmaku, rzadko obecnego w serii Laymana i Guillory’ego.

Szósty tom Chew niespecjalnie więc pcha akcję do przodu… choć można mieć nadzieję, że pokazane w nim wydarzenia (a szczególnie jedno), pchną akcję do przodu. Choć czy to samo nie przychodziło na myśl w przypadku kilku ważnych scen we wcześniejszych albumach? Pozostaje nam więc jedynie czekać, by się przekonać, czy kolejne albumy wniosą coś więcej niż serię zabawnych, ale jednak ulotnych scen.

Recenzja pierwotnie ukazała się w Alei Komiksu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Obrazki i chmurki i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.