Motywy się powtarzają

chew05_oklPiąty tom serii „Chew” w żaden sposób nie zaskakuje, ale też nie pozostawia niedosytu. Fani serii nie będą rozczarowani.

W albumie Śniadanie z mistrzów po raz piąty powrócił Tony Chu, cybopata potrafiący rozpoznać historię danego przedmiotu… lub zwłok za pomocą swoich kubków smakowych. Jednocześnie to tylko jedna z barwnych postaci, które przewijają się na kartach serii Johna Laymana i Roba Guillory’ego. Szkoda tylko, że już same historie powoli zaczynają zjadać swój własny ogon.

Dla kilku postaci piąty tom Chew stanowi nowe, choć niespecjalnie miłe otwarcie. Zdegradowany Tony zajmuje się wlepianiem mandatów za złe parkowanie, agent Colby musi służyć z antypatycznym, lwem-cyborgiem, a porwana Oliwka chyba przechodzi dość oryginalną wersję syndromu sztokholmskiego. Ponadto, jak zwykle, pojawiają się nowe postacie wykorzystujące potęgę smaku do wpływania na innych, a miejscami jest dość obrzydliwie, choć oczywiście w nieangażujący, raczej karykaturalny sposób.

Jest zabawnie i sympatycznie, to na pewno. A jednocześnie ma się wrażenie, że motywy się powtarzają. Czym różni się barista serwujący kawę z podprogowym przekazem od osoby serwującej dania pełne agresji na stołówce? Czym różni się jeden zły szef od drugiego (oraz proste rozwiązanie tego problemu)? Owszem, twórcy cały czas się bawią konwencją i autoparodiują sami siebie, ale na dłuższą metę chciałoby się, żeby w narracji pojawiły się jakieś akcenty, które przykują uwagę na dłużej niż kilka kadrów czy plansz. Tego w Chew najbardziej brakuje.

chew

Przyznam się szczerze, że z tego powodu od jakiegoś czasu mniej uwagi poświęcam głównej osi fabularnej zeszytów, a koncentruję się przede wszystkim na dokładnym oglądaniu kadrów. To właśnie w nich – pod postacią detali, napisów w tle, nietypowego zestawienia elementów z codzienności – kryje się istota serii. W elementach z drugiego planu mnóstwo jest humoru, nieraz czarnego lub abstrakcyjnego, który w głównej osi fabularnej potrafi być przesadzony, a tutaj przyjmuje czystą, nieskrępowaną postać krótkich i dobitnych żartów.

Czy warto sięgnąć po ten album? Cóż, jeśli czytacie te słowa, to z dużym prawdopodobieństwem można stwierdzić (wszak to już piąty tom), że jesteście serią zainteresowani i nie trzeba was specjalnie przekonywać. Śniadanie z mistrzów nie jest ani specjalnie lepsza, ani gorsza niż większość opowieści, które wcześniej poznaliśmy w Chew. Sporo jest błyskotliwych żartów i abstrakcyjnego poczucia humoru, ale też nadal często odnosi się wrażenie, że jest to trochę sztuka dla sztuki. Mimo wszystko chciałoby się, żeby pojawił się choć zarys celu, w kierunku którego zmierza cała historia.

Recenzja pierwotnie ukazała się w Alei Komiksu.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
Ten wpis został opublikowany w kategorii Obrazki i chmurki i oznaczony tagami , , , , , , . Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.