Sherlock Holmes: Gra cieni
O pierwszym Sherlocku Holmesie w interpretacji Guya Ritchie’go wypowiadałem się w superlatywach, mimo średniego powiązania z prozą Arthura Conana Doyle’a, szczególnie w kontekście kreacji postaci. Nic więc dziwnego, że Gra cieni była jedną z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie premier. Z wyprawy do kina jestem zadowolony, chociaż wyszedłem z małym rozczarowaniem. Dlaczego? O tym poniżej.
Nie jest zaskoczeniem oś fabularna, która koncentruje się na pojedynku z profesorem Moriartym, co jest kanwą większości opowieści o Sherlocku Holmesie – w końcu nie ma nic bardziej chwytliwego niż rywalizacja genialnego detektywa z geniuszem zbrodni. W Grze cieni, trochę wbrew tytułowi, rozgrywka między dwom genialnymi umysłami wcale nie rozgrywa się za kulisami, ale stanowi oś fabularną, przy czym postępowania postaci wcale nie są niezauważalne… a wręcz przeciwnie, najczęściej kończą się wybuchami, morderstwami i innymi spektakularnymi wydarzeniami. Dochodzi rzecz jasna również do bezpośrednich konfrontacji między Sherlockiem i Moriartym: wpierw są to słowne potyczki i rozpoznanie gruntu, ale bez rękoczynów też się nie obejdzie.
Scenariusz filmu w jeszcze większym stopniu niż pierwszej części opiera się na dynamicznej akcji. Bohaterowie przemieszczają się z miejsca na miejsce, biorąc udział w coraz bardziej szalonych pojedynkach, pościgach i innych eskapadach. Efekty specjalne robią wrażenie, są dopracowane co do najmniejszych szczegółów… ale w tej pogoni i skakaniu między kolejnymi wybuchami itp. zatracił się gdzieś klimat. W pierwszej części bardzo podobało mi się odtworzenie Londynu z epoki – tutaj są tylko przebłyski, bo akcja toczy się w wielu różnych miejscach w Europie.
Najwięcej zastrzeżeń mam do postaci Moriarty’ego. Ani on straszny, chociaż może miejscami ciut demoniczny, ani genialny. W zasadzie, gdyby nie to, że widz jest informowany o tym z jakim to geniuszem ma do czynienia, to by sam się nie zorientował. Postać ta popełnia większość błędów typowych szwarccharakterów, czyli jest zbyt przekonana o własnej wielkości, napawa się (pozornym) zwycięstwem… no i posiada intelekt raczej średnich lotów. Szkoda też, że wielki plan Moriarty’ego w Grze cieni jest bardzo podobny do tego z Ligi Niezwykłych Dżentelmenów: czyli wywołanie wielkiej wojny i czerpanie z niej korzyści. Ratowanie świata jest oczywiście chwytliwe, ale niekoniecznie sprawdza się przy teoretycznie zakulisowej rozgrywce dwóch genialnych umysłów.
Nie da się ukryć, że Grę cieni odebrałem znacznie chłodniej, niż pierwszy film Ritchiego o słynnym detektywie. Przyczyn jest pewnie kilka i ciężko wskazać najważniejszą i decydującą. Bez wątpienia, przynajmniej dla mnie, scenariusz tej części jest słabszy, zachwiana została równowaga między akcją i intrygą. Ponadto część scen została przekombinowana (przefajnowana) przy jednoczesnym spadku poziomu humory w całym filmie (aczkolwiek kilka scen, jak na przykład Sherlock cwałujący przez Europę na kucyku, przyprawia o ból brzucha ze śmiechu). Nie bez znaczenia jest również fakt, że nie jest to już nowość – to wszystko już było w pierwszej części, więc powiewu świeżości nie ma. A już zupełnie na marginesie to serial BBC jednak wygrywa starcie z filmami Ritchie’go. Grę cieni oglądałem akurat między odcinkami drugiego sezonu i porównanie wypadło mi jednoznacznie.
Posted in Ruchome obrazki | 6 Comments »
Styczeń 26th, 2012 at 10:17
W 100% się podpisuję pod powyższym.
Styczeń 26th, 2012 at 12:37
Cieszę się niezmiernie
Styczeń 26th, 2012 at 18:10
Przyznaję bez bicia, że ja jestem jakiś niedzisiejszy – wizja Shermlocka jako rzeźnika, który potrafi tłuc się nie gorzej niż niejeden barowy zabijaka? Eee…
Styczeń 26th, 2012 at 18:47
Dlatego we wpisie o pierwszej części pisałem, że oprócz imion i detali nie ma to wiele wspólnego z Doyle’owskim Sherlockiem.
Styczeń 27th, 2012 at 21:07
Faktycznie, Moriarty jak na tak pełną potencjału postać został potraktowany po macoszemu. Na początku nie zwróciłam na to uwagi, skupiona głównie na akcji i stronie wizualnej filmu, ale teraz, gdy o tym pomyślę, to w pełni się zgadzam z Twoją opinią.
Styczeń 28th, 2012 at 00:11
Taki mam ogólny wniosek – warstwa wizualna jest na tyle spektakularna, że przykrywa niedociągnięcia. Pewnie gdybym fanem Sherlocka nie był, to bym też na to uwagi nie zwrócił.