Jesienią w Zakopanem
Uwielbiam podróżować. Zwiedzać mniej lub bardziej odległe miejsca. Podziwiać wspaniałe krajobrazy czy zabytki. Gdybym mógł, zapewne byłbym w ciągłej podróży – do domu wpadając tylko od czasu do czasu. Skoro jednak nie jest to możliwe, cieszę się z każdej możliwości wyrwania w świat.
Taka okazja nadarzyła się miesiąc temu. W czasie, gdy cała Polska odwiedzała cmentarze, pojechałem z dziewczyną do Zakopanego spotkać się z koleżanką ze studiów, która obecnie jest wolontariuszem na głębokiej słowackiej prowincji. Był to krótki wypad, ale i tak dostarczył sporej satysfakcji.
Nie przepadam za Zakopanem. Mnóstwo lansujących się turystów (pod tym względem trafiliśmy idealnie, przyjezdnych nie było wielu; choć i tak więcej niż się spodziewałem), folklor na pokaz, a na nartach nie ma gdzie jeździć (zwykle w tym celu odwiedzałem to miasto). Ostatni raz byłem tam trzy lata temu na praktykach – nawet nie zajrzałem na Krupówki. Wystarczyły mi góry, chyba moje ulubione miejsce spędzania wolnego czasu. Teraz jednak, z racji wizyty bardziej towarzyskiej niż krajoznawczej, mieszkaliśmy tuż przy słynnej ceprostradzie. Byłem zaskoczony, jak bardzo zmieniła się w ciągu kilku lat. Obecnie główna arteria Zakopanego bardzo przypomina alpejskie miejscowości narciarskie – a przynajmniej te większe i bardziej znane. Podobna jest struktura sklepów, restauracji, czy punktów usługowych. Trafiają się jeszcze miejsca, które pamiętam sprzed dziesięciu lat, ale jest ich bardzo niewiele. Zbudowano również sporo nowych budynków, stosując rozwiązania architektoniczne i przestrzenne podobne do tych, jakie widziałem w Zermatt , Selvie, czy Ischgl. Można powiedzieć, że miasto się cywilizuje, choć nadal ma wiele cech typowo polskich, żeby nie powiedzieć prowincjonalnych. Wystarczy zejść z Krupówek, a widać brud i nieporządek.
Pamiętam, kiedy w Zakopanem otwarta została pierwsza knajpa regionalna; prawdopodobnie był to pierwszy tego rodzaju restauracja w Polsce. W Chacie Zbójnickiej obcinano ceprom krawaty, zabawa była przednia. Teraz na samych Krupówkach knajp regionalnych jest kilka(naście). Brak jest indywidualnego charakteru: takie samo menu (wyraźna jest niejednolitość gwary (czy aby nie sztucznej?) – niektóre wyrazy miały po kilka możliwych zapisów, w zależności od karczmy), podobny wystrój i standard. Być może różnią się jakością podawanych potraw, tego nie sprawdzałem. Urozmaiceniem są punkty gastronomiczne typu Góralski Burger (wbrew nazwie to bardziej kebabiarnia jest) czy mój osobisty faworyt: Baconald. Brak jest urozmaicenia oferty, jeśli już pojawiają się jakieś nieregionalne restauracje, to są to zwykle sieciówki: Sphinx, McDonald, Rooster, etc. Średni wybór jak na mój gust.
Nie wiem jak jest w Zakopanem z bazą noclegową. Nam udało się znaleźć kwaterę bez problemów, blisko centrum, za niewygórowaną cenę. Pewnie dlatego, że akurat mają w górach martwy sezon, a i dzień 1 listopada nie zachęca do podróży turystycznych. Z drugiej strony przekonaliśmy się, że warto dokładnie dowiadywać się, co gospodarze rozumieją pod niektórymi terminami: na przykład „aneks kuchenny do dyspozycji gości” okazał się kilkoma talerzami, czajnikiem elektrycznym i lodówką. Cóż, nie pogotowaliśmy sobie…
Mam wrażenie, że Zakopane powoli staje się miejscem, które mogłoby przyciągnąć turystów z całej Europy. W szybkim tempie, choć nieco chaotycznie i nie zawsze we właściwej kolejności, dostosowuje się do standardów zachodnich. Jest tylko jedno ale: po co do Zakopanego przyjeżdżać? Do gór daleko, a jeśli nawet człowiek się do nich dostanie, to i tak nie ma gdzie jeździć na nartach. Kilka marnych wyciągów na stoku Gubałówki plus nieszczęsna (choć zmodernizowana) kolejka na Kasprowy Wierch. Pod tym względem jesteśmy daleko –i nie tylko za krajami alpejskimi, ale także za Słowacją czy Ukrainą. Z różnych powodów narciarstwo nie ma szans się rozwinąć na potrzebną skalę w Zakopanem. Według mnie to miasto nadal pozostanie przede wszystkim miejscem, w którym narciarze nie jeżdżą na nartach, ale szpanują sprzętem na Krupówkach. Inaczej się po prostu nie da.
Dość o Zakopanem, w końcu o wiele ciekawsze są same Tatry. Nie mieliśmy co prawda czasu na jakieś większe wyprawy. Zresztą na północnych stokach nie było zbyt przyjemnie, w ciągu tygodnia poprzedzającego nasz przyjazd, pod Zawratem zginęło łącznie trzech zagranicznych turystów. Ograniczyliśmy się więc do dwóch krótkich wypadów. Pierwszego dnia wybraliśmy się do Doliny Strążyskiej. Jak na trójkę geografów przystało, posłużyliśmy się mapą w celu wyznaczenia drogi przez miasto aż do wylotu doliny. Ku naszemu zdziwieniu, zaznaczona na mapie droga w pewnym momencie się skończyła i musieliśmy przedzierać się na przełaj przez jakieś podmokle łąki. Nie popsuło nam to humorów i dotarliśmy lekko zabłoceni do doliny Strążyskiej. Następnie podeszliśmy kawałek do Siklawicy. Pierwszy raz widziałem ją niezamarźniętą, bardzo przyjemny wodospadzik. Później cofnęliśmy się trochę i odbiliśmy na Sarnią Skałę, by później zejść z niej do Doliny Białego, a z niej już pod skocznię narciarską i do domu. Był to całkiem przyjemny trzygodzinny spacer.
Drugiego dnia koło południa odwieźliśmy koleżankę na Łysą Polanę, skąd miała autobus do domu. Pogoda była kapitalna – z Głodówki świetnie było widać Tatry Bielskie i Wysokie Tatry Słowackie. Zachęceni widokami już tylko we dwójkę postanowiliśmy skoczyć kolejką na Kasprowy Wierch. Czasu za wiele nie mieliśmy, więc wykonaliśmy tylko standardową trasę niedzielnych turystów: z Kasprowego przez Beskid na przełęcz Liliowe i z powrotem. Potem musieliśmy niestety trochę czekać na odjazd kolejki: mimo godziny powrotu wydrukowanej na bilecie, kolejka jeździła sobie jak chciała. Cóż, nie pierwszy to przejaw braku profesjonalizmu, i pewnie nie ostatni. Wyprawa do Zakopanego była bardzo przyjemna, choć niestety zdecydowanie za krótka.
Dochodzę do wniosku, że do Zakopanego (i w Tatry) całkiem przyjemnie by się jeździło, gdyby było pusto. Wiem jednak, że mieliśmy do czynienia z wyjątkiem. A tak stada turystów nadal będą mnie skutecznie zniechęcać do tego miejsca.
Posted in Nie tylko palcem po mapie | 3 Comments »








Grudzień 1st, 2008 at 20:47
„Dochodzę do wniosku, że do Zakopanego (i w Tatry) całkiem przyjemnie by się jeździło, gdyby było pusto” – niestety, turyści są najciemniejszą stroną turystyki :/ Nie tylko Zakopanego się to tyczy…
Grudzień 1st, 2008 at 23:44
Zgadzam się całowicie. Latem byłem na kilka godzin w Pradze. Przez most Karola niemal nie dało się przejść, a trasa z niebo na Vaclavske Namesti niemal równie zapchana była. Odechciało nam się dłuższego pobytu, a przecież Praga piękna jest…
Grudzień 16th, 2008 at 17:02
dlatego jeżdżę w bieszczady :>